W większości rodzin, które znam, mamy sytuację taką, że i facet, i baba pracują.

Pytanie brzmi: kto gotuje?

Albo gotuje ona i jest wkurzona, że jeszcze po pracy i że on nie... Albo gotują na zmianę... Jest też opcja jedzenia byle-czego albo gotowego. Ale to współczuję. Stać nas wszystkich wciąż jeszcze na jedzenie dobrze i zdrowiej niż gotowe.

W domach takich, jak mój, mężczyzna może wrócić i zastać gotowy obiad, a kobieta przygotowuje go zamiast służyć przez osiem godzin ciałem swym i duchem obcemu gachowi w pracy. Więc wieczorem oboje jakby bardziej wypoczęci, mniej spięci, no i najedzeni. (Tak, przyznaję, że jest mowa o sytuacji idealnej, kiedy chociażby masz rodziców/teściów, którzy regularnie nieco od przychówku odciążą. Bo kiedy ubzdurasz sobie edu domową dwóch energetycznych Chłopaków przy braku rodziny chętnej do wsparcia... W takiej sytuacji wypoczęcie wróżę Wam za kilkanaście lat. Chyba że zorganizujecie sobie jakiś relaksujący pobyt w szpitalu czy cuś - choć tam z kolei zejść można z głodu).

Ale my dziś nie o tym, nie o tym!

Kto w przeciętnym domu gotuje po pracy? Ano: na kogo wypadnie, na tego bęc. A nie chce nikt. (Tak, są wyjątki).

Kto w przeciętnym domu dziećmi się zajmuje, dba o nie, wychowuje, rozmawia, czas spędza? Na kogo wypadnie...?

Zdecydowanie nie jestem z tych feminystek, które powiedzą, że Ty się rializuj, a dzieci przecież mogą zająć się swoimi sprawami, nie?

Są takie babska, które sądzą, że zdecydowaną większość tego, czego potrzebują dzieci, można ogarnąć "w międzyczasie". Do drugiego roku życia to owszem, wychodzi. Jak już czyste, ubrane, suche i nie chce cyca, to pozwalasz wędrować pod stołem, brać różne przedmioty i tyle (chyba że płacze). Ale później - dzieci potrzebują uwagi, rozmowy, chcą sie uczyć, no i trzeba wychowywać.

To czym albo kim są dla Ciebie dzieci? Są tak nieważnym odpadkiem, że zasługują li i tylko na te odpadki "międzyczasu"?

Ceni się babki, które przez osiem ha na dobę robią piniądz. Równocześnie deprecjonuje się te, które siedzą w domu z dziećmi. Co to świadczy o naszych wartościach? Że cenimy hajs wyżej niż dzieci?

Co do hajsu, to ten zarobiony przez kobietę w czasie, gdy ona nie gotowała i dzieci nie wychowywała, wydasz na te gotowe posiłki z olejami roślinnymi. Na lepszy ciuch, żeby odpowiadała obcemu gachowi (standardom w pracy - standardom szefa).

Kobiety, które w pewnym momencie dla dzieci zrezygnowały z zarabiania (cóż za bezczelne ustawienie wartości!), same piszą tak na przykład: Już nie muszę dzieciom swojej nieobecności wynagradzać zakupami.

A przedszkolanki w ynternetach piszą, że robią co mogą (niektóre pewnie tak), ale i tak każdemu dziecku byłoby lepiej z mamą. Obserwowały, że po przerwie w działaniu przedszkoli z okazji ogólnoświatowego sezonu grypowego dzieci wracały fajniejsze, spokojniejsze, bardziej rozwinięte - po tym, jak nabyły się z rodzicami.

To kim jest dla Ciebie dziecko? Od czego jest ważniejsze? Od czego mniej ważne?

Ja, szczerością chamsko strzelająca Pani Strzelec, kiedyś komuś musiałam powiedzieć jak krowie na rowie, że dziecko to nie szafa. Bo ten ktoś próbował mnie przekonać, że jak kupię taki konkretnie bujaczek-sraczek, to dziecko się buja-sruja i nic od matki nie chce. Właściwie jak damy odpowiednie dawki leków, narkotyków, alkoholu czy ekranó - też nic nie będzie chciał od matki. Tylko czy to o to chodzi w macierzyństwie? Czy to jest najlepsze dziecka? I czy dla matki?

Nie uznaję dziecka jako szafy, jako trofeum, czyli jako kolejnego elementu z serii: studia, drugie studia, doktorat, ślub, kredyt, mieszkanie, pies, wakacje, dziecko... No nie uznaję.

Dziecko to Człowiek. Nasz Człowiek. Człowiek, za którego odpowiadamy. Na którym ni-ko-mu nie zależy bardziej niż nam. Więc jeśli my mu damy tylko ochłapy (siebie i jedzenia), to co to będzie?