Używa(ła)m tzw. brzydkich słów. Jak się zacznie np. w pracy, a później napięcie i pracę ma się 24h na dobę, to trudno przestać. Zły nałóg.

Chciałam się w tym przynajmniej mocno ograniczyć, ale nie szło. Tak samo jak z rzucaniem cukru. (Cud, że za papierosy się nigdy nie brałam).

Nie udawało mi się ograniczyć, aż usłyszałam słowa Młodszego:

- Mama, a wies, że słyszałem, jak [imię kolegi] mówi brzydkie słowa? Takie na przykład na "k" i dalej wiesz...

I dotarło do mnie. Skoro używanie wulgaryzmów oznacza bycie niesubordynowanym pięciolatkiem... to sory, Batory, królu nasz, ja rezygnuję. Mogę być matką, córką, leniem, blogerką, obcą babą, introwertykiem, wariatką, kierowcą... Milionem ról. Ale niegrzeczny pięcioletni chłopiec się w to nie wlicza!

A zatem zaczynam od wpuszczania przed emocje rozumu i zamiany wyrazów brzydkich na neutralne.

K. to ku-kurydza.

D. to odbyt.

Tak, tak. Wznośmy się ponad poziom kozaczącego pięciolatka z placówki.

...

Inna sprawa, że takie tam wyrazy na k. i j. n przykład ponoć pierwotnie były normalne, a nawet pozytywnie nacechowane. W hinduskim czy innym tam sanskrycie ponoć j. to kopulować i nie jest obraźliwe. K. to ponoć na pewnym etapie znaczyło "Boże broń". Choć badania językoznawcze to moim zdaniem grząski grunt. Czasem coś niby pięknie pasuje, nałukowcy w to brną, a za parę dekad wszystko się okazuje ślepą uliczką tudzież stekiem bzdur.