Nie powiem, żebym z powodu trwania *tej sytuacji* już od roku czuła się zupełnie dobrze...

Do tego ta wciąż listopadowa - w końcówce marca - pogoda...

W tych okolicznościach słabości i ciała, i ducha, i Słońca, co się przebić nie może, poprosiłam Męża, żebyśmy wyszli... gdziekolwiek. Urządzałoby mnie nawet w kółko trzema osiedlowymi ulicami.

No to wylądowaliśmy w lesie.

Chłopcom przypomniał się ostatnio zestaw Małego Odkrywcy do badania owadów. No to szukamy robaków. Są. Ale cieszę się, że nie zabieramy ich do domu (dzieci się nie cieszą :D ).

Jak przystało na rasową minimalistkę i prawdziwą antykonsumpcjonistkę:

- buty skórzane nie-tanie lat ze sześć (to był chyba ostatni ich sezon, choć i w tym miały być wymienione, ale jakoś tak jeszcze pochodziłam - nie lubię kupować/szukać butów)

- dżinsy lat co najmniej cztery, ale może i sześć, z działu dziecięcego, czyli płacimy np. 100 zł za rozmiar 168 zamiast płacić 180 zł za rozmiar S

- rąbek kurtki, która też ma ze sześć lat.

Co najlepsze, uważam, że mogę w tym wyglądać jak milion dolarów.

W takim świeżym mchu dziki ryją. Smacznego i na zdrówko!

Czekamy na nowe liście i słońce...

Tego dnia, w jakieś marcowe wtorkowe późne popołudnie z listopadową pogodą w lesie było tyle ludzi... co *normalnie* nie ma nawet w weekendy.

Brawo, Ludzie i na zdrówko!

.........

Pisząc to kolejnego dnia, muszę dodać, że to listopadowe wyjście było takim tańcem o deszcz (w tym przypadku - o Słońce). Skutecznym!

Dzisiaj, czyli dnia następnego po listopadzie mieliśmy pełne słońce i temperaturę sprzyjającą sąsiedzkim podgląduszkom komu to się schudło, a komu przybrało przez ostatnie... od października.

.........

Dobrej wiosny!